Dziewczyny z fotografii

Wielu Polaków poruszyła historia urodziwej dziewczyny w mundurze, której zdjęcie opublikował w internecie Instytut Pamięci Narodowej, prosząc o pomoc w ustaleniu jej tożsamości i losów. Na odzew nie musiał długo czekać. Szybko wyszło, że chodzi o Marię Barr, Polkę z Anglii. Wiem, jaka płynie z tego satysfakcja, bo osobiście przeżyłem podobną przygodę. Także wiązała się z urodziwą dziewczyną – z getta żydowskiego w Strzegowie – która, jak się okazało, też miała na imię Maria.

Swoją drogą, już ten przykład pokazuje, jak cennym materiałem jest fotografia, i jak „globalną wioską” jest świat. Dowodzi też, że – wbrew potocznym opiniom – historia wzbudza duże zainteresowanie. Ale o tym niżej.

Maria z Anglii  
Zdjęcie owej dziewczyny w mundurze – anonimowej - trafiło do archiwum Instytutu Pamięci Narodowej razem z innymi aktami byłej Wojskowej Służby Informacyjnej. W tych przepastnych zbiorach czekało na to, by ujrzeć światło dzienne. W końcu zainteresował się nim jakiś dociekliwy badacz (brawo!). Niewątpliwie dochodził, kto jest na tym obrazie, jakie były losy tej osoby. Ponieważ kwerenda archiwalna nie dawała odpowiedzi na te pytania, IPN zamieścił tę fotografię w sieci.

Internauci z kraju i zagranicy zareagowali błyskawicznie. Dostarczyli informacji i materiałów, z których jednoznacznie wynika, że zdjęcie przedstawia Marię Barr. Urodziła się w 1923 r. w Grodnie. Była - dowiadujemy się - córką oficera Wojska Polskiego, płk. Benedykta Chłusewicza. Po kampanii wrześniowej z Samodzielną Brygadą Strzelców Podhalańskich walczył on na froncie norweskim. Zapewne wkrótce potem znalazł się w Wielkiej Brytanii, dokąd trafiła również Maria. Tam wyszła na mąż za Philipa Rexa Barra (z pochodzenia Polaka), dowódcę 107. Dywizjonu Królewskich Sił Powietrznych (RAF). 7 października 1942 r. Philip zginął, jego samolot został zestrzelony przez artylerię wroga podczas lotu nad Belgią. W następnym roku pośmiertnie otrzymał Krzyż Wybitnej Służby Lotniczej. Odznaczenie odebrała wdowa po lotniku z rąk króla Jerzego VI. Wtedy zostało wykonane rzeczone zdjęcie. Maria Barr miała pracować w placówce Polskiego Czerwonego Krzyża w Edynburgu, a po zakończeniu wojny osiedliła się w Kanadzie. Zmarła w 2018 r. Gdyby ta fotografia została zamieszczona w internecie kilka lat wcześniej…

IPN, usatysfakcjonowany rozszyfrowaniem tej zagadki, zamierza publikować zdjęcia kolejnych nieznanych ludzi.

Maria ze Strzegowa
Moja przygoda, którą właśnie chciałbym przypomnieć, zaczęła się w pierwszych miesiącach 2004 r. Wtedy amerykańska organizacja pn. Polsko–Żydowski Program Odnowy Cmentarzy i Fundacja na Rzecz Zachowania Dziedzictwa Żydowskiego w Polsce, we współpracy z gminą Strzegowo, przystępowały do uporządkowania tamtejszego kirkutu. Przedstawiciele tych instytucji zwrócili się do mnie z prośbą o napisanie i opublikowanie w „Tygodniku Ciechanowskim” artykułu o historii Żydów w  Strzegowie. Kiedy szukałem jakiegoś symbolu, czegoś mocnego, co by „trzymało” tekst, od Jana Jagielskiego z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie otrzymałem, przechowywane tamże, dwa zdjęcia. Widnieje na nich anonimowa dziewczyna o smutnych, przenikliwych oczach oraz jasnych, zapewne ufarbowanych włosach, w wieku - na oko – około 20 lat. Nie wiadomo, w jaki sposób trafiły one do ŻIH; prawdopodobnie wcześniej historycy się nimi nie zainteresowali.

Ważniejsze jest jednak to, co ta dziewczyna skreśliła ołówkiem na odwrotnych stronach swoich wizerunków.

Na jednej z nich czytamy:

„Na wieczną pamiątkę / temu, który przechowa moją / podobiznę. /Pisałam w dzień tragicznego / odjazdu z Rodzinnego /miasteczka Strzegowa. /Proszę wspomnieć przyszłym / pokoleniom, że kiedyś byli /tacy ludzie, którzy ze świadomością pełną szli /na śmierć. Twardzi bez /… / i wielkiego poczucia /ludzkości. Ludzie Ci poddawali się srogości losu. Sollen Dir / meine Augen /Gusen, wie tragisch / war mein kurtzes /Leben [Niech me oczy Ci powiedzą jak tragiczne było moje krótkie życie]. Strzegowo 24 XI 42 r. (w nocy)”.

A oto tekst na rewersie drugiej fotografii:

„Na wieczną pamiątkę / temu, który zechce za- /trzymać moją podobiznę. / Pisałam w nocy 24 XI 42 r. / w oczekiwaniu na śmierć. /Tragiczne jest to / gdy człowiek z pełną świadomością idzie / na śmierć mając /19 lat. Dla kogo ginę? Dla Narodu. Dla Ojczyzny. / Dla wiary. W obronie swej /rodziny. Jedno wiem mam / zginąć”.

Mamy więc wyznanie 19-latki, która zdaje sprawę z tego, że niechybnie czeka ją śmierć. W beznadziejnej sytuacji - zauważmy – myśli nie tyle o sobie, ile o współtowarzyszach niedoli. Przy tym jest przekonana, że oddaje swoje młode życie w imię wyższych wartości, jakie wiążą się narodem, ojczyzną, wiarą, rodziną. Taką postawę można by nazwać gotowością do ofiary.

Dlaczego nie ujawniła swej tożsamości? Być może dlatego, że chciała złożyć ofiarę jako osoba anonimowa, jedna z wielu, a może ze względu na bezpieczeństwo własne i swoich najbliższych. Znamienne: jedno ze zdań napisała w języku niemieckim, jakby chciała, aby jej świadectwo dotarło również do oprawców.

Testament do wykonania
„Proszę wspomnieć przyszłym pokoleniom…”. Niewątpliwie jest to testament. Wykonałem go. W tym sensie, że na łamach „TC” ogłosiłem artykuł o niezwykłym świadectwie tej bohaterskiej i mądrej dziewczyny – „Nieznajomej z getta w Strzegowie”, jak ją wówczas nazwałem. Ale mnie to wcale nie zadowalało. Ona miała imię i nazwisko… O pomoc poprosiłem naszych czytelników. Może ktoś…

Po kilku tygodniach odezwała się sędziwa Irena Pałuba ze Strzegowa. Kiedy zjawiłem się w jej mieszkaniu, na stole leżały dwie fotografie. Na jednej z nich bez trudu rozpoznałem Nieznajomą; stoi w ogrodzie w towarzystwie innej dziewczyny. Na drugim zdjęciu – ta inna pozuje przy łanie zboża.

Są to siostry Tykówny: Maria (autorka tego przejmujące świadectwa) i Itta (Tośka). Według Ireny Pałuby ona i jej siostra, Halina, przyjaźniły się z pannami Tykównymi; od nich otrzymały zdjęcia. Ponieważ getto nie było szczelne, żydowskie dziewczęta odwiedzały swoje polskie koleżanki. Pani Irena Pałuba, z domu Wardowska, wspominała: - W przeddzień likwidacji getta przyszła do mnie Tośka, żeby się pożegnać. Rzuciłyśmy się sobie na szyje i rozpłakały. Z wielkim żalem się z nią rozstawałem, bo to była miła, sympatyczna dziewczyna. Taka, że do rany przyłóż… Jakiś czas przedtem mój ociec, żołnierz Armii Krajowej, zaproponował jej: „Zostań u nas, ukryjemy cię na strychu”. Ale ona nawet nie chciała o tym słyszeć: „Nie mogę opuścić rodziców, zginę razem z nimi”.

Tajemnica została więc rozwiązana.

Co więcej, w archiwum Urzędu Stanu Cywilnego w Strzegowie znalazłem metryki obu dziewczyn – ewidentne dowody „na istnienie”. Maria przyszła na świat 8 grudnia 1924 r., Itta - 10 listopada 1925 r. Ich ojciec Dawid Tyk, określony w tych dokumentach jako kupiec, był dość zamożnym mieszkańcem Strzegowa.

Fotografia - dokument wierności
Casus Marii Barr przynajmniej przez tydzień stanowił jedną z głównych wiadomości w radiowych, telewizyjnych czy internetowych programach informacyjnych. Płynie stąd optymistyczny wniosek: interesujemy się historią. Taką, która mówi o ludzkich losach, która nie jest odpersonifikowana, tzn. nie ogranicza się do opisywania procesów i zjawisk masowych.

Fotografia zaś pełni niezwykle ważne funkcje społeczne. Ułatwia bowiem podtrzymywanie więzi międzypokoleniowych, szczególnie rodzinnych, oraz pamięci. Żołnierze polscy, dajmy na to, wyruszając na wojnę, często zabierali ze sobą zdjęcia swoich żon, dzieci, rodziców, narzeczonych.

Przy prochach zamordowanego w Katyniu podporucznika Walentego Wichlińskiego, rodem z Garnowa Starej Wsi k. Gołymina, znaleziono zdjęcie jego dziewczyny. „Kochanemu Włodeczkowi na pamiątkę – Ilusia” – napisała na odwrocie. Jak ustaliłem, zamierzali się pobrać. Plan młodej, zakochanej w sobie pary, zniweczyła wojna.

Do tej historii - z fotografią w tle - wszakże nieoczekiwanie został dopisany epilog. Po przełomie 1989/1990 r. na adres zamieszkałego w Ciechanowie Eugeniusza Wichlińskiego, bratanka ppor. Walentego, nadeszła gruba przesyłka. Z koperty wysypały się kopie akt osobowych jego stryja oficera; oryginały znajdują się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Tę korespondencję nadała Łucja Boruch–Zawadzka, owa… Ilusia. Tyle lat minęło, ale ona o nim nie zapomniała. Chciałem się z nią spotkać, pojechać do Międzyzdrojów, gdzie mieszkała. Niestety, było już za późno – już nie żyła.

Więcej szczęścia miałem, zbierając materiały do innego artykułu, na nie mniej pasjonujący temat. Podchorąży Jan Cholewa padł 3 września 1939 r. w boju pod Sławogórą. Wcześniej, gdy przebywał na zgrupowaniu w Mławie, do niego słała swoje zdjęcia z zabawnymi dedykacjami Renia. On akurat ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ona była nauczycielką. Poznali się – to wiem od niej - w pociągu. Zaiskrzyło. Podczas ekshumacji Janka odkryto te fotografie. W 1999 r. pokazano je na okolicznościowej wystawie w Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej. Na otwarcie ekspozycji przyleciała ze Stanów Zjednoczonych Renia – Irena Kozłowska (powojenne losy rzuciły ją do Ameryki). Po spotkaniu ze mną zwierzyła mi się, że ją „porządnie przesłuchałem”.

Maria, Łucja (Ilusia), Irena (Renia) … Co je łączy? Przed wszystkim wierność w szerszym znaczeniu tego słowa. Kobiety potrafią być wierne.

Jednak fotografia nie zawsze prawdę ci powie
Fotografia jest więc wartościowym źródłem historycznym. Utrwala obrazy ludzi, życia rodzinnego, towarzyskiego i publicznego, krajobrazy, ulice, architekturę, niejednokrotnie obiekty już nieistniejące. Z tego źródła należy jednak korzystać roztropnie, czyli krytycznie. Mówiłem o tym na sesji naukowej „Relacje polsko-żydowskie w XX wieku. Badania - kontrowersje – perspektywy. Colloquium III: Polacy i Żydzi w cieniu okupacji niemieckiej na ziemiach polskich” w Kielcach. W dyskusji prof. Jerzy Gapys, przywołując własne doświadczenia z konferencji w Niemczech, zwrócił uwagę na rzecz nader istotną. Otóż żołnierze Wehrmachtu, a szczególnie funkcjonariusze służb specjalnych III Rzeszy, wyprawiali się na front z aparatami fotograficznymi. Masowo robili zdjęcia na zajmowanych ziemiach. Mnóstwo tych obrazów wystawianych jest dzisiaj na europejskich aukcjach internetowych; niejeden można kupić już za 5-10 euro. Wiele z nich to dokumenty propagandowe, przedstawiające mieszkańców okupowanych terenów jako ludzi zadowolonych z życia. Oczywiście są to fałszywe wizje. Niestety, niektórzy niemieccy historycy przyjmują je za prawdziwe.

Casus Marii Barr potwierdza też tezę o świecie jako „globalnej wiosce”. Autor tego pojęcia Marshall McLuhan, znakomity kanadyjski teoretyk komunikacji społecznej, już w latach 60. zeszłego wieku ogłaszał, że ludzkość wkracza w „epokę informacji”, w której coraz większą rolę będą odgrywać zwłaszcza media elektroniczne.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież