Śniadanie na 70 sposobów

Scenarzysta z 20-letnim stażem, któremu zawdzięczamy takie telewizyjne historie jak "Plebania", "Policjanci i policjantki" czy kultowy "Klan". Przez miłość i trochę przez przypadek zamieszkał w Ciechanowie. Początkowo miał zamieszkać tu tylko "na chwilę", a został na 20 lat. Zazwyczaj to on pisze o kimś, tworzy historię losów wielu bohaterów, sam ukrywając się w cieniu napisów końcowych. Jednak tym razem to właśnie Grzegorz Lipka jest głównym bohaterem naszej rozmowy.

* Na początek pytanie o twój początek. Kiedy napisałeś swój pierwszy scenariusz? Był to tekst stworzony na potrzeby serialu czy filmu?
- Pierwsze scenariusze, jakie napisałem, były do reklam. Krótkie 30 sekundowe formy, w których trzeba "sprzedać" konkretny produkt. Był rok 1999, pracowałem w Radio GRA w Toruniu. Później w różnych agencjach reklamowych w Warszawie. Wprowadzaliśmy na rynek "silniejszy lek od bólu", kto pamięta, wie o jaki lek chodzi. Jeden z najpopularniejszych do dzisiaj.
O pracy w filmie zadecydował przypadek. Jakoś wiosną 2004, spotkałem kolegę, który opowiedział o organizowanym przez TVP konkursie na serial i zaproponował byśmy wzięli udział. Pomyślałem, dlaczego nie? Może warto spróbować. Napisałem trzy pełne odcinki, koledzy opisali zarys fabuły, skonstruowali pakiet konkursowy. Pewni zwycięstwa wysłaliśmy go do telewizji. Niestety, jak to w życiu bywa, gdy amatorzy wyzywają zawodowców - przegraliśmy z kretesem. Wychodzi więc, że pierwsze scenariusze, były porażką, ale tak naprawdę były początkiem...

* Kiedy twój talent zaprocentował na tyle, że stał się pracą? Przy jakiej produkcji?
- Po przegranym konkursie, skontaktowałem się z producentem, którego projekty, wspomniany konkurs wygrały. Zapytałem wprost, jak to zrobił i że chciałbym się nauczyć... Rozbawiłem go tym nieco bezczelnym mailem. Niespodziewanie zadzwonił i poprosił, bym przesłał mu próbkę tego, co pisałem. Ponieważ nie miałem szuflady pełnej "genialnych scenariuszy" wysłałem mu ten, który przegrał konkurs. Pamiętam dwugodzinną analizę błędów, wytykanie bzdur, braków w dramaturgii, chaos, słabą ekspozycję bohaterów, generalnie bezlitosna wiwisekcja mojego dzieła. Ale na koniec padła jedna uwaga: niezłe dialogi. Pan producent zaproponował mi test: napisanie próbnego odcinka serialu „Plebania”. Napisałem, chyba się spodobało, bo gdzieś po miesiącu, w październiku 2005, dołączyłem do zespołu.

* Pochodzisz z południa Polski, studiowałeś filozofię w Toruniu, a co sprawiło, że osiedliłeś się w Ciechanowie?
- Przypadek. Na studiach poznałem żonę, która pochodzi z Ciechanowa i jakoś tak zjawiliśmy się tutaj. Ciechanów miał być tylko na chwilę, na rok, dwa... A mieszkamy tu już blisko 20 lat.

* Czy studia filozoficzne przydają się w twojej pracy? Wiązałeś z nimi swoją przyszłość?
- Studia filozoficzne mają tę zaletę, która przez niektórych traktowana jest jako wada, że nie dają praktycznie żadnego zawodu. Będąc jednak na to przygotowanym, trzeba sobie wymyślić swój świat i co się będzie po studiach robiło. A można robić praktycznie wszystko... Moi koledzy pracują w radiu, prowadzą firmy budowlane, zajmują się marketingiem, prowadzą galerie sztuki, a ja piszę filmy... Filozofia jest przede wszystkim nauką krytycznego myślenia i daje zdrowy dystans do świata, co nie znaczy, że pozbawia go emocji. Wręcz przeciwnie. Pozwala je świadomie przeżywać i lepiej rozumieć…

* Jak wygląda twoja praca?
- Praca przy tworzeniu filmów, ale również przy pisaniu książek, zaczyna się od słowa. Zanim powstanie plan filmowy, zanim pojawią się aktorzy, zanim padnie pierwszy klaps, film już istnieje w głowie autorów i zostaje zapisany na kartach scenariusza. Filmy fabularne, najczęściej pisze jeden autor. W zaciszu domu, zbiera dokumentację, tworzy drabinkę - czyli schematyczny rozkład scen, którą później wypełnia dialogami. Potem jeszcze kilka miesięcy poprawek i powstaje scenariusz, który dostaje Oskara, albo przemija niezauważony.
Praca przy serialu wygląda nieco inaczej. W przypadku serialu codziennego, takiego jak „Plebania”, „Barwy Szczęścia”, „Klan” czy „Złotopolscy”, sytuacja się komplikuje. Trzeba napisać co tydzień 5 odcinków, po około 30 minut każdy. Oznacza to, 2 godziny 30 min filmu jest do napisania w ciągu tygodnia. Nie da się tego napisać samemu. Dlatego seriale piszą zespoły. 5-6 dialogistów i tzw. storylinerzy - osoby odpowiedzialne za tworzenie narracji i układanie drabinek - opisy kolejnych scen. Każda scena filmu musi być opisana: kto w niej występuje, co ma się wydarzyć itd. Drabinki dostają do rozpisania dialogiści. To oni odpowiedzialni są za dialogi, błyskotliwe pointy i oni tworzą finalny scenariusz serialu, który na koniec trafia do redaktora. To osoba dbająca o spójność kolejnych odcinków. Pilnuje, by historia z jednego odcinka była właściwie kontynuowana w kolejnych. To oczywiście skrótowy opis, bo w rzeczywistości jest to dużo bardziej złożone.

* Czy pandemia wpłynęła na twoją pracę, sposób jej wykonywania?
- Przed pandemią zespoły spotykały się raz-dwa razy w tygodniu, by dokładnie omawiać dalszy rozwój wątków, oceniać prace itd. Jednak od roku pracujemy z domów, korzystając z komunikatorów internetowych. Ma to swoje wady i zalety. Na pewno praca z domu jest konkretniejsza. Po prostu nie ma możliwości pójść na kawę i pogadać przy automacie. Na pewno wzrosła efektywność, ale spadła jakość. Coś za coś.

* Skąd biorą się w twojej głowie pomysły na kolejne sceny, losy bohaterów?
- Pomysły biorą się zewsząd i są wszędzie. Każdy człowiek jest skarbnicą wiadomości, które trzeba tylko z niego wyciągnąć. Trzeba umieć słuchać i dostrzegać. Podam jeden przykład. Napisałem około 200 odcinków serialu „Plebania”, kto oglądał pamięta postać babci Józi i Proboszcza. Większość odcinków zaczynała się sceną na plebanii, podczas śniadania. Napisałem około 70 scen ze śniadaniem. Po pierwszych 5 byłem pewien, że nie wymyślę już nic oryginalnego, na kolejne. Okazało się, że można. 70 śniadań i żadne nie było takie samo.

* Czy przy pisaniu scenariuszy konsultujesz swoje pomysły ze specjalistami, jak się przygotowujesz, by sceny, które piszesz były wiarygodne i realne?
- Dokumentacja to najważniejsza, a przy okazji najprzyjemniejsza, część pracy każdego twórcy. Nie można pisać filmu o XVIII-wiecznych piratach nie mając pojęcia o żaglowcach, technikach pościgu, niszczeniu żagli, takielunku, nie wiedząc czym były kule łańcuchowe, kartacze, nie znając uzbrojenia z epoki. Podobnie z każdym innym tematem. Pamiętam dokumentację pracy windykatorów. Po godzinie rozmowy, przedstawieniu wszystkich oficjalnych metod pracy, przepisów, ograniczeń, mój rozmówca zaczął opowiadać o wiedzy tajemnej. Po kolejnych dwóch godzinach miałem w głowie serial, który został zrealizowany przez Polsat, i emitowany był pt: "Miasto długów".

* Możesz się pochwalić przy jakich tytułach pracowałeś i nad czym pracujesz teraz?
- Chronologicznie: "Plebania", "Wszystko przed nami", "Klan", "Policjanci i policjantki", "Sprawiedliwi - wydział kryminalny", "Miasto długów", "Lombard - życie pod zastaw". Moje dalsze plany zawodowe, muszę przemilczeć - żeby nie zapeszyć (śmiech).

* Czy oglądasz "swoje" seriale?
- Oczywiście, chociaż nie jest to łatwe. Jest to najlepsza nauka dla scenarzysty. A ponieważ jestem wobec siebie bardzo krytyczny, rzadko też bywam zadowolony. Inną sprawą jest poziom realizacji. Największym wrogiem jest czas. Praca na planie nieraz trwa 12 godzin, gdy kręcone jest 10 i więcej scen. Pod koniec dnia wszyscy są zmęczeni, słońce już zaszło, nie dowieziono rekwizytów, albo reżyser przysypia. I właśnie wtedy mają kręcić tę najważniejszą scenę. To się nie może udać i zazwyczaj nie udaje.

* Co lubisz w swojej pracy najbardziej?
- Najbardziej? Pierwszymi widzami i recenzentami moich filmów są najczęściej żona, córka i syn. Najfajniejsze chwile, to te, gdy się śmieją tam gdzie trzeba, wzruszają, gdzie mieli się wzruszyć, a na koniec, gdy wyjdą i powiedzą: Dobre!

Rozmawiała NATALIA MIESZKOWSKA

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież