Do Juranda jeszcze wrócę

Rozmowa z Przemysławem Krajewskim, wychowankiem Czarnych Regimin i Juranda, reprezentantem Polski, uczestnikiem igrzysk olimpijskich

 

- Rozmawiamy tydzień przed świętami, ale w Twoim przypadku o odpoczynku nie może jeszcze być mowy. Zanim usiądziesz z rodziną do stołu, musicie zagrać zaległy mecz w Lidze Europejskiej, a zaraz po tym jedziesz na zgrupowanie reprezentacji do Cetniewa.

- Rzeczywiście, w grudniu sporo się dzieje. Dopiero co zagraliśmy najważniejszy mecz w rundzie przeciwko Vive w Kielcach, a kilka dni później trzeba było wybiegać zaległe spotkanie z hiszpańską Bidasoa Irun. W tym czasie powinienem już być na zgrupowaniu owaniu w Cetniewie, gdzie przebywa cała kadra, ale ze względu na mecz w Płocku, dojadę do chłopaków dopiero po meczu w Płocku.

- To w tym roku na kupno prezentów nie będziesz miał zbyt wiele czasu.

- To prawda, zwłaszcza że z Cetniewa rozjeżdżamy się dopiero 23 grudnia, czyli dzień przed wigilią. Jednak wracamy do pracy zaraz po świętach. Od 28 grudnia w Gdańsku rozgrywać będziemy turniej towarzyski 4Nations Cup z udziałem Tunezji, Japonii i Holandii.

Na szczęście w tym roku udało nam się z żoną wcześniej pochodzić za prezentami, dlatego większość upominków mamy już kupionych.

- W jakim miejscu jest dzisiaj nasza reprezentacja?

- Aktualnie przygotowujemy się do styczniowych Mistrzostw Europy na Słowacji i Węgrzech. Trafiliśmy do grupy z Niemcami, Austriakami i Białorusią. Uważam że jeżeli wystąpimy na mistrzostwach w optymalnym składzie to wszystkie reprezentacje są w naszym zasięgu. Wiadomo, że tych sukcesów w ostatnich latach z udziałem reprezentacji brakuje nam wszystkim. Jednak jako najstarszy zawodnik w kadrze widzę, że u młodszych kolegów jest ogromna chęć do pracy i wygrywania. Tylko na wszystko potrzeba czasu. Pięć lat temu, po Igrzyskach w Rio, pewna era piłki ręcznej w Polsce dobiegła końca, ale wierzę, że ta kadra może jeszcze osiągać sukcesy.

- W Ekstralidze występujesz już prawie 13 lat. Jak porównałbyś tamtego Przemka Krajewskiego, który przechodził z Juranda do Nielby Wągrowiec, do tego dzisiejszego doświadczonego ligowca i kadrowicza?

- Trudno jest robić takie porównanie. Dzisiaj na moją korzyść na pewno przemawia doświadczenie, setki rozegranych meczów ligowych i reprezentacyjnych, a ono w sporcie odgrywa ogromne znaczenie. Z kolei wtedy w mojej grze było więcej szaleństwa i improwizacji. Uczciwie muszę przyznać jednak, że mimo 34 lat nie zatraciłem na szybkości i wydolności. Być może organizm nie regeneruje się już tak szybko jak u 20-latka, ale na szczęście omijały mnie poważniejsze kontuzje, po których musiałbym długo dochodzić do formy.

- Mówiąc o szaleństwie w grze nie sposób na chwilę zatrzymać się przy Twojej słynnej bramce zdobytej rzutem zza pleców w ćwierćfinale MŚ przeciwko Chorwatom... Pisano później, że tym golem otarłeś się o magię handballu i porównywano Cię do Ibrahimovicia piłki ręcznej.

- W tej akcji jednak sporo zasług miał nasz bramkarz Sławek Szmal. Najpierw kapitalnie wybronił strzał Chorwatów, a później dalekim podaniem zauważył, że jestem na czystej pozycji. To był spontaniczny rzut, wcale go nie planowałem, a wyszło całkiem nieźle. Biegnąc w kierunku bramki zauważyłem, że bramkarz rywali ma zbyt szeroko rozstawione nogi, w mgnieniu oka podjąłem decyzję rzucie...

- Pokonaliście wówczas Chorwatów, ale na drodze do finału stanęli wam gospodarze, czyli Katarczycy...

- Czyli zespół, w którym grali praktycznie sami obcokrajowcy, nie mający z tym krajem wiele wspólnego. Poza rywalami grę na boisku utrudniali nam sędziowie. Ten mecz był praktycznie niemożliwy do wygrania. Nie wiem jak po takiej przegranej, zaledwie dwa dni później, odbudowaliśmy się w meczu o brąz z Hiszpanią. Tam też przeżyliśmy niezłą huśtawkę, na szczęście z happy endem.

- Medal mistrzostw świata w Katarze i czwarte miejsce na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro to Twoje największe sukcesy z reprezentacją Polski. Czy da się jakoś porównywać te osiągnięcia?

- Chyba największym marzeniem sportowca jest występ na igrzyskach. Tego się nie zapomina do końca życia. Mimo że zajęliśmy tam najgorsze z możliwych miejsc – czwarte – to z perspektywy czasu czuję się spełniony. Kibice liczyli pewnie na medal, ale wówczas to było maksimum naszych możliwości. Zabrakło też szczęścia, w trakcie igrzysk dopadły nas kontuzje.

- Mówiłeś wcześniej, że po igrzyskach w Brazylii pewna epoka w polskiej piłce ręcznej dobiegła końca. Jednak nie dla Ciebie. Czy jesteś jedynym z tamtej kadry, który dzisiaj gra u Patryka Rombla?

- Z tamtej kadry, oprócz mnie, dzisiaj w reprezentacji gra jeszcze Michał Daszek. Zresztą na co dzień razem gramy też w Wiśle Płock. Obaj czujemy się dobrze, a przede wszystkim na siłach, żeby tej drużynie się jeszcze przydać i wspierać swoim doświadczeniem.

- Spodziewałeś się, że po igrzyskach kibice z utęsknieniem będą wracać do tamtych momentów, a wam przyjdzie tak długo czekać na kolejne sukcesy?

- Z kadrą żegnali się piłkarze, którzy byli wiodącymi postaciami w swoich klubach. A przypomnę, że były to w większości zespoły Bundesligi, wówczas najlepszej ligi w Europie. Być może część z nich mogła jeszcze na siłę zagrać na kolejnej dużej imprezie, ale rozumiem też, że w pewnym wieku trzeba zadbać o swoje zdrowie. Szczególnie jak po wyczerpujących turniejach trzeba było wracać do swoich klubów, a tam nikt nie dawał im taryfy ulgowej.

Dzisiaj w kadrze grają przede wszystkim zawodnicy z naszej polskiej ligi. W tym momencie nie jesteśmy jakoś specjalnie rozchwytywani przez czołowe kluby europejskie. Pytaniem pozostaje również kwestia, czy w momencie, gdy polska reprezentacja pod wodzą trenerów Wenty, Bieglera czy Dujszebajewa odnosiła największe sukcesy sportowe, zrobiono wszystko w sprawach szkolenia młodzieży tak, aby zapewnić jej ciągłość. Tak jak zrobiono to na przykład z siatkówką.

- Na swojej drodze pracowałeś z wieloma trenerami. Czy możesz wymienić trzech z nich, którzy mieli największy wpływ na to, gdzie obecnie jesteś?

- Wymienić zaledwie trzech będzie ciężko, bo tak naprawdę od każdego, którego spotkałem po drodze, czegoś się nauczyłem. Ale spróbuję. Oczywiście postacią numer jeden będzie zawsze Jacek Warda, nauczyciel i trener w moim pierwszym klubie – Czarnych Regimin. Gdyby nie on, to pewnie nie byłbym tutaj, gdzie teraz jestem. Dużo mu zawdzięczam. Na treningach w Regiminie uczył nas wszystkiego od podstaw, pokazywał, tłumaczył, wyjaśniał. Bywał trenerem surowym, ale sprawiedliwym.

Drugą osobą ze środowiska trenerskiego jest nieżyjący już trener Edward Koziński. To legenda płockiej piłki ręcznej, ale my akurat spotkaliśmy się w Wągrowcu, bo gdy przychodziłem do Nielby, to trener Koziński był jej trenerem. To on zabiegał o to, żebym z Juranda trafił właśnie do Nielby. To dzięki niemu dostałem szansę debiutu w Ekstralidze. Postawił na młodego chłopaka, który dopiero rozpoczynał przygodę z poważną piłką ręczną. Bardzo dużo dały mi rozmowy z nim, zwłaszcza po meczach, nie zawsze tych udanych, spokojnie tłumaczył co powinienem robić na boisku inaczej, nad czym pracować na treningach, które elementy należy poprawić...

Na trzecim miejscu postawiłbym na dwóch trenerów: Tałant Dujszebajew i Xavier Sabate. Pierwszy zaufał mi, powołując do reprezentacji, drugi jest aktualnie moim trenerem w płockiej Wiśle. Obaj zmienili oblicze piłki ręcznej w Polsce.

- W tym roku przedłużyłeś kontrakt z Wisłą do 2024 r. Będziesz miał wtedy 37 lat, czy to będzie moment na zakończenie kariery?

- Szczerze mówiąc to nie wiem. Gdybym miał odpowiedzieć dzisiaj, to chyba chciałbym jeszcze grać. Fizycznie czuję się dobrze, nie narzekam na kontuzje. Ogromnie cieszy mnie fakt, że w czerwcu przedłużono ze mną kontrakt, co oznacza, że w klubie są ze mnie zadowoleni, a ja i moja rodzina czujemy się w Płocku jak w domu.

- Mówiłeś kiedyś, że po karierze masz zamiar wrócić w rodzinne strony?

- To na pewno. W Pawłowie podbudowaliśmy dom, tam mamy rodzinę. Poza tym obiecałem sobie kiedyś, że moim ostatnim klubem w jakim zagram będzie Jurand Ciechanów. Mam nadzieję, że to się spełni. Śledzę wyniki i sytuację w klubie, kibicuję chłopakom. Cieszę się, że udało odbudować seniorską piłkę ręczną w naszym mieście. Znamy z trenerem Molskim ze wspólnej pracy w Nielbie.

- Jak przeżywasz porażki?

- Nigdy nie byłem typem człowieka i sportowca, który po porażkach wpada w furię, krzyczy, czy wyładowuje złość. Czasami muszę pobyć chwilę sam, rozegrać mecz jeszcze raz w swojej głowie. W pewnym wieku nauczyłem się wyciągać z przegranych spotkań naukę na przyszłość. Tego nauczyli mnie m.in. trenerzy, których wspominałem.

-Na boisku miałeś okazję grać z wieloma wybitnymi zawodnikami. Gdybyś miał wskazać dwóch: jednego przeciwko któremu grałeś i jednego, z którym występowałeś w jednym zespole?

- Gdybym miał wymienić jednego rywala przeciwko któremu grało się niezwykle ciężko, to niech to będzie Nikola Karabatić. Jego wszystkich osiągnięć z reprezentacją, czy też klubami chyba nie sposób wymienić. Na pewno trzykrotnie wygrywał z reprezentacją Francji złoto olimpijskie, raz srebro.

Dużo łatwiej wskazać mi osobę, z którą dzieliłem szatnię. I mimo że spotkałem na swojej drodze wielu fajnych kolegów i wspaniałych zawodników, to zdecydowanie numerem jeden pozostanie dla mnie Sławek Szmal. Jego wszystkich zalet nie sposób wymienić. Przez te wszystkie lata kariery był uwielbiany i szanowany przez kibiców. Świetny bramkarz, a przy tym stuprocentowy profesjonalista. Widać było to w szatni i poza nią. Dzieliło nas prawie 10 lat, ale nigdy nie było to problemem. Jako młody zawodnik w kadrze czułem jego wsparcie i wiedziałem, że z każdym problemem mogę się do niego zwrócić.

- Zdarza Ci się chodzić na mecze piłkarskie płockiej Wisły?

- Niestety nie miałem jeszcze okazji. Zazwyczaj jest tak, że jak wypadają mecze, to my mamy swoje obowiązki klubowe. Widzę jednak, przejeżdżając obok, jak zmienia się stadion. Rozbudowa robi wrażenie i gdy wiosną zrobi się cieplej, na pewno wybiorę się na jakiś mecz Ekstraklasy w Płocku.

- Pamiętam, że występując już w seniorach Juranda, zdarzało Ci się grać w piłkarskiej lidze okręgowej?

- Zgadza się, to było w Gwarze Pawłowo. Chyba dzisiaj ten klub już nie istnieje, a szkoda. Razem z braćmi tworzyliśmy w klubie zaciąg z naszych Klic. Ja nie mogłem występować we wszystkich meczach, bo jednak na pierwszym miejscu była zawsze piłka ręczna, to pamiętam, że kilka bramek udało się strzelić.

- Kibicujesz jakiejś konkretnej drużynie?

W lidze polskiej to raczej nie. Od zawsze za to byłem fanem Realu Madryt i ligi hiszpańskiej. Mecze z udziałem „Królewskich” mogę śledzić na okrągło. Ponad to interesują mnie wyścigi Formuły 1.

- Gdzie widzisz siebie po karierze sportowej?

- Chciałbym zostać przy piłce ręcznej. Nie wiem jeszcze czy w roli trenera, czy innej osoby. Przygotowuję się już na różne ewentualności. W przyszłym roku bronić będę licencjatu na Wyższej Szkole Edukacji w Sporcie. Na swojej drodze zawodnika miałem od kogo się uczyć, dlatego warto kontynuować to przekazywanie doświadczenia innym.

- Czego życzyć Ci na święta?

- Wystarczy, że będą spokojne i rodzinne. Przy okazji chciałbym też życzyć wszystkim wesołych świąt.

 

Rozmawiał RADOSŁAW MARUT

ul. Ściegiennego 2
06-400 Ciechanów
tel/fax: (23) 672 34 02
e-mail: sekretariat@ciechpress.pl